Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 lipca 2014

"Mała dziwka" - Jackie Collins


Powiem wam jak odbieram zamysł tej książki. Według mnie miało zostać w niej ujęte życie bogaczy oraz przekornie, biedaków. Sama autorka należy raczej do grupy ludzi, którzy nie muszą martwić się o to ,co pod koniec miesiąca włożyć do garnka. Podejrzewam, że od gotowania ma swoich ludzi. Ale co z tego? Nawet jeśli początkowo wyobraziłam ją sobie jako lalunię, która chciała pochwalić się swoim "wyimaginowanym" talentem pisarskim, to po tej lekturze nie mogę powiedzieć, że nic z tej lektury nie wyciągnęłam. Przeciwnie, nauczyłam się całkiem sporo. I nie tylko tego, że, ludzie wyżej postawieni są cholernie wpływowi, ale przede wszystkim, że należy brać z dystansem życie gwiazd.

Trzeba być odważnym albo spragnionym rozgłosu, aby zatytułować książkę "Mała dziwka". To własnie on mnie zaintrygował. Chyba spodziewałam się czegoś pokroju "Pięćdziesięciu twarzy Greya", ale to nie o sam erotyzm chodzi. "Mała dziwka" zwyczajnie pokazuje jakie rozkoszne i puste jest życie celebrytów.

Rozdziały podzielone są na osoby, których one bliżej dotyczą. Annabelle, Denver, Carolyn i Bobby.

Annabelle jest rozpieszczoną, mega seksowną snobką. Prowadzi agencję "Pań na telefon" i wydaje jej się, że to idealny biznes. Wykorzystuje wszystko i wszystkich, ale generalnie nawet nie pałałam do niej nienawiścią. Jest z niej typowa córeczka hollywoodzkich gwiazd.

Denver to świetna bohaterka. Taka, która się rozwija w trakcie powieści. Można określić ją jako "ta mądra", bo rzeczywiście mimo, że żyje w kolebce burżujów - Los Angeles, to nie poddaje się urokowi tego miejsca i zostaje prawnikiem. Jak dla mnie jest jedyną pełną postacią, i szczerze ją lubię.

Carolyn to kobieta, która próbuje zatrzymać swojego szefa-kochanka od odejścia, ściemą o ciąży. Błagam. Natomiast bardzo się cieszę, że później porządnie za to oberwała, bo wspomniany szef-kochanek nie za bardzo chce rozwodu z żoną, szczególnie że jest senatorem i ma.. reputację.

A Bobby jest cudowny. To bogaty i wpływowy mężczyzna, młody, piękny i z pasją. Nie jest głupi ani rozpuszczony, świetnie radzi sobie w życiu celebrytów, i uczciwie pracuje.

Tę czwórkę łączą więzi. Ale i dzielą wątki. Nie było głównego motywu, na którym opierałaby się opowieść ale przynajmniej kilka niespójnych, które mąciły mi w głowie. Nie wiedziałam czy mam się skupić na zabójstwie matki Annabelle czy porwaniu Carolyn. To drugie było o wiele lepiej opisane, i jakoś wpływało na bohaterów, natomiast ten pierwszy wątek towarzyszył nam od początku ale zdawał się być jedynie tłem. Co mnie strasznie poirytowało. Mogło być to wykorzystane jako dodatkowy element, przekształcić te wypociny w kryminał albo coś, a tu zero szczegółów śledztwa. Po prostu umarła matka, nikt się tym nie przejmuje ale każdy o tym mówi, a na koniec nagle dostajemy wiadomość kto był sprawcą. Nie spodobało mi się to.

Oprócz tego byłam ogromnie znużona. Było to intrygujące ,ale akcji właściwie brak. Dużo dialogów, mało opisów, bardziej takie wstawki, żeby czymś wypełnić strony. Jest to lekka lektura, jak się ktoś postara, to znajdzie tam jakieś przesłanie, ale było to jedynie dreptanie po płyciźnie, na granicy, gdzie przy następnym kroku mogłaby się czaić głębia. Ale nie podążyło to w tym kierunku dlatego jestem trochę zawiedziona, ale i zaskoczona, bo początkowo i tak na wiele nie liczyłam. Jakby komuś wpadła w łapki to na lato z pewnością będzie przyjemna. :)

sobota, 31 maja 2014

"Ciepłe ciała" - Isaac Marion


R jest Zombie. Większość z nich nie ma imienia, wspomnień, niczego co choć w małym stopniu przywracałoby im człowieczeństwo. R jest troszeczkę inny. Owszem, wciąż jest trupem, żywi się ludźmi, chodzi wolniej niż ja bym się czołgała, ale wydaje się, że ma pewne naturalne skłonności do myślenia a nawet mówienia. 

Julia to dziewczyna odważna i pewna siebie. Jest wrażliwa, nie strachliwa. Stara się widzieć świat w jasnych barwach i dba o te okruchy ludzkości, które się ostały. Gdy tak długo ma się do czynienia ze śmiercią, można stać się oschłym i smutnym. Ale Julia wciąż ma nadzieje, że uda się "ekshumować" to co zostało. 


Pewnego razu dochodzi do ich spotkania, a R ratuje życie Julii (tak, własnie, Zombie uratował człowieka). R jest w stanie dowiedzieć się czegoś o niej dzięki Perry'emu. Perry to chłopak Julie, a R zjada jego mózg. Od tamtej chwili tamten podsyła mu wspomnienia a nawet niekiedy radzi i dodaje otuchy. R zabiera Julie na lotnisko i tam się nią opiekuje (i tak, ponownie, Zombie OPIEKUJE SIĘ człowiekiem). Dziewczyna zaczyna dostrzegać odmienność R, a dokładniej mówiąc, sama przyczynia się do zachodzących zmian. Ich relacja zapoczątkowała pewną reakcję łańcuchową, która zaczyna obejmować innych Zombie. Nasi bohaterowie zmagają się z własnymi zachowaniami zachowawczymi kontrastującymi z ciekawością wzajemnego poznania, jak i z brakiem akceptacji. Szczerze mówiąc ich przyjaźń, nie mówiąc o relacji damsko-zombie, jest niedorzeczna. Nigdy nic takiego nie miało miejsca, więc bohaterom trudno jest się odnaleźć w sytuacji. Niemniej jednak, pielęgnują łączące ich uczucie, co wcale nie będzie proste, bo teoretycznie R jest śmiertelnym zagrożeniem dla Julie. Tylko czy społeczeństwo, do którego należy Julie, byłaby w stanie zaakceptować ich znajomość? 


Ta książka wygrywa swoją prostotą i delikatnością. Nie ma wielu wątków, jest jeden motyw przewodni, chociaż ja w nim widzę swoistego rodzaju przesłanie - "kochajmy się i dbajmy o to co mamy". Czasem nie potrzeba zrywów akcji, romansów i innych takich. Te najbardziej wartościowe opowiadają historie jednej książki, z akapitami, w których liczy się każdy detal. Najbardziej cenimy te chwile, kiedy musimy odłożyć książkę, by coś przemyśleć, zaśmiać się pod nosem lub wykrzyczeć w eter "coooo?". Jednak najbliżej mojemu sercu są lekko uniesione ku górze kąciki ust - oznaka, że rozumiem i utożsamiam się z założeniami autora. Że każda nawet najmniejsza komórka w moim ciele kocha wszystkie skrawki tej książki. Że moja dusza i dusze bohaterów stanowią jedność. Czego chcieć więcej? A własnie to czuję po tej lekturze, spełnienie i radość. 

Także nieprzypadkowy wydaje mi się wybór imion. Julia i R - Romeo i Julia. Dostałam olśnienia, gdy pewnego razu w szkole streszczałam koleżance o czym jest ta książka (oczywiście opis na okładce i motylkach niczego nie wnosił... ) i nagle bach! niczym obuchem w pierś, przecież to Romeo! Jest to para, która zmienia wszystko. Oni są idealnie do siebie dopasowani. Przeznaczenie to chyba przesadne określenie, aczkolwiek ewidentnie posiadają cechy wspólne z szekspirowskimi Romeo i Julią. 

Podobają mi się również opisy, być może nie są specjalnie wysublimowane, jednak ukazują dokładnie to co dla czytelnika jest najważniejsze. Okej, w mojej głowie krystalizuje się też teza, że "Ciepłe ciała" są prostolinijne. Coś w tym jest, bo rzeczywiście nie dostajemy zbyt wiele odczuć. Nie ma fajerwerków. Jest trochę jak na obiedzie u mamy, nudno ale koi serce. Własnie, chyba ta książka jest specjalnie dla osób, które odczuwają smutek.  Dla tych, którzy potrzebują nowej nadziei i promyczka słońca na twarzy. Polecam. ^^ 



<-- Tu macie film na podstawie książki. Zmyłką jest tytuł, bo choć wiedziałam że taka książka jak "Ciepłe ciała" istnieje, to w pierwszym odruchu ich ze sobą nie powiązałam. Ale pozytywnie mnie to zaskoczyło. Tytuł filmu to "Wiecznie żywy". Miałam okazje najpierw oglądać ekranizację, co raczej mi się nie zdarza (jestem zwolenniczką przekonania ,że lepiej zabierać się za książkę - potem za film),  ale muszę przyznać, że podobają mi się obydwie formy tej historii. 

Ktoś czytał książkę lub oglądał film? :D

piątek, 31 stycznia 2014

"Walkirie" - Paulo Coelho

Jestem fanką Paula Coelho. Ale nie taką na poważnie, tylko dyskretnie, od serca. Po prostu odnajduję sens w tych jego "wywodach". Od dawna wiem, że jest to kontrowersyjny autor. Wszyscy go znają, ale niewielu go docenia. Znaczy, tych "niewielu" jest i tak całkiem sporo, ale... Czasem irytują mnie powszechne w internecie żarciki na temat Coelho'a, bynajmniej mnie to nie śmieszy. Lektura jego dzieł  jest dla mnie bardzo intymna, nie do końca potrafię wytłumaczyć co wtedy czuję, więc nawet nie będę się starać, dlatego też Walkirie będzie prawdopodobnie jedyną książką tego autora, którą zrecenzuję. Ona zwyczajnie jest mniej pokręcona.

Wierzysz w Anioły? 

Nie takie anioły jakich obraz mamy przedstawiony w "paranormalnych" książkach jak Blask, Upadli czy coś takiego, tylko Anioły. Z Biblii. Posłańce Boga. Mniej ziemskie, niż którekolwiek opisane w książkach. Ja nie wierzyłam. Znaczy, gdy byłam mała, w podstawówce, nawet nie przyszło mi do głowy, żeby zwątpić z istnienie Aniołów. Było to dla mnie jasne, jak to, że po nocy przychodzi dzień. Wychowywałam się w bardzo wierzącej rodzinie, odkąd pamiętam chodziłam do kościoła, śpiewałam w scholi... no, do czasu, aż przekroczyłam próg gimnazjum, bo wtedy wszystko się zmieniło. No więc, kurde, zawsze z wiarą w Boga wiąże się także wiara w Anioły. Bo niby jak wyobrazić sobie narodziny Jezusa bez Aniołków? Jasełka w podstawówce? Za każdym razem byłam Aniołkiem. Razem z mamą stwierdziłyśmy, że nie będziemy za każdym razem robić nowych skrzydełek, więc od drugiej klasy miałam jedne i te same. W gimnazjum, niestety, wylądowały na śmietniku. Prawdopodobnie. Ale teraz, patrząc z innej, dojrzalszej perspektywy, stwierdziłam, że nigdy tak na prawdę nie wierzyłam w Anioły. Nie byłam dzieckiem, które modli się do swojego Anioła Stróża. Oczywiście znałam tę modlitwę, ale ona nic dla mnie nie znaczyła. Teraz Wiara jest dla mnie sprawą indywidualną. Tak na prawdę na nowo odkrywam co to znaczy być wierzącym.

Walkirie to historia Paula Coelho. To się zdarzyło na prawdę, pominąwszy niektóre fragmenty, które są fikcją. Tak przynajmniej zasugerował nam autor. A ja w to wierzę. Więc Paulo wyrusza, aby spotkać się ze swoim Aniołem. Zabiera żonę, rady od mistrza magii i jedzie na pustynię Mojave. Ma zamiar spędzić tam czterdzieści dni. Wędrować ponad miesiąc po pustyni, aby zobaczyć swego Anioła. Czy to w ogóle możliwe? Ja nigdy nie spotkałam swego Anioła, więc nie mi oceniać. Paulo przedstawia siebie jako człowieka z ogromną wiedzą o życiu, można to ująć w kontekście życia duchowego. Egzystuje na różnych płaszczyznach, które się równoważą. Rozwój duchowy jest dla niego bardzo ważny. Potrafi rzucić wszystko i wyruszyć na kompletne odludzie. Ja bym tak nie potrafiła, ale w przyszłości chciałabym być taka zdeterminowana i odważna. Widzimy go z jego własnej perspektywy, oraz oczami żony.

Potrzebował silnych emocji: w miłości, w pracy, we wszystkim, co robił. Zdawał sobie sprawę, że taki styl życia niósł ze sobą ryzyko, że nic w jego życiu nie potrwa długo. Zaczynał rozumieć znaczenie słów: Każdy zabija kiedyś to, co kocha.

Jak się okazało, szukanie Anioła wcale nie jest takie proste. Paulo potrzebuje pomocy Walkirii. Są to kobiety z charakterkiem i nie łatwo się z nimi porozumieć. Cały pobyt na pustyni jest dla Paula duchową podróżą, jak całe życie zresztą, ale tym razem ma jasny cel. I własnie to napędza jego myśli. Jednak to co na mnie zrobiło wrażenie, to przemiana żony Paula, Chris. Początkowo przyjeżdża jedynie jako osoba towarzysząca, jednak wyjeżdża stamtąd z innym podejściem do samej siebie. Przede wszystkim staje się bardziej rozwinięta duchowo. Do tej pory jedynie akceptowała styl życia swojego męża, a teraz sama zaczęła rozmawiać ze swoim Aniołem. I to nawet szybciej niż udało się to mężowi. Właściwie utożsamiam się z nią i w pełni rozumiem. Przyznam nawet, że to ona mnie więcej nauczyła niż sam Paulo. W każdym razie małżeństwo uczy się bardzo wiele o sobie rozdzielnie jak i o ich miłości. Muszą zaakceptować siebie, przyjrzeć się swojej przeszłości i nauczyć się żyć szczęśliwie. Bo jedynie człowiek, który przyjmuje szczęście bez wyrzutów sumienia, może żyć na prawdę. Niezwykłe jest to, że po lekturze tej książki uwierzyłam w Anioły. Uwierzyłam nie dlatego, że ktoś mi przypomniał, że one istnieją. Tylko sama doszłam do takich wniosków. Prawda nigdy nie jest podana na tacy, trzeba nauczyć się akceptować pewne rzeczy, bez okazałych dowodów. W końcu to nic nie kosztuje. Sama wiara w Anioły nie czyni nas szaleńcami. Jednak mam wrażenie, że ufając własnej intuicji człowiek czuje się ze sobą lepiej. A moja intuicja podpowiada mi, że Anioły istnieją.


Fajne jest to, że Paulo w Walkiriach nie nawiązuje zbyt wiele do religii. Oczywiście mówi nam o Bogu, o wierze, a nawet o apokalipsie, ale jest to tak naturalne i tak różne od kazań, które wygłaszają księża, że aż miło się czyta. Same Walkirie, z tego co się orientuję nie występują w wierze katolickiej. A magia? O ile dobrze mi wiadomo, to nawet podchodzi pod grzech. Trochę mnie dziwi, że Paulo jest taki konserwatywny w swojej wierze, a zarazem bardzo luźno do tego podchodzi. Ale mi to odpowiada, sama tak postrzegam swoją sferę duchową. Mimo, że jestem ogrodniczką tak jak Chris. Ale uważam, że każdy ma w sobie coś z myśliwego. 

Jedni lubią styl Coelho, inni nie. Ja polecam wszystkim. Sama nie do końca rozumiem, co na prawdę chce nam przekazać, ale wierzę, że wyciągam z lektury wszystko co jest mi w danym momencie potrzebne. To poprawia mi humor, i dodaje nadziei. Może styl pisania Coelho ma brzmieć mądrze, a tak na prawdę taki nie jest, ale wydaje mi się to nie istotne. Ważne, że komuś to pomaga. A mi pomaga. Potrzeba tylko trochę odwagi, aby uwierzyć. Nawet jeśli mamy uwierzyć w Niewiarygodne.

wtorek, 30 lipca 2013

"Pałac Północy" - Carlos Ruiz Zafón

Nie znam dorosłego człowieka, który nie zastanawiałby się nad tym jakie zmiany zaszły w nim od lat młodzieńczych. Obecne życie, filozofie życiowe porównujemy do naszych z przed lat. Choć mam jedynie 18 lat, sama patrzę na młodszych od siebie z pewnym dystansem. Z igrającym na ustach uśmieszkiem, stwierdzam: Oni jeszcze nic nie wiedzą o życiu. A przecież sama niewiele wiem. Jednak kiedy wychodzę na dwór z moją dziewięcioletnią przyjaciółką w deszczowy dzień, a ona lekko obraca się dookoła w strugach deszczu nie myśląc o przyszłej ewentualnej chorobie, dorasta we mnie myśl, jakie smutki i lęki skrywa to małe, niewinne stworzenie? Okazuje się, że ma ich wiele. Choć dla mnie są one absurdalne, bo urwana noga lalki Barbie nie jest godna porównania do Matury, ale dla niej znaczą bardzo wiele, są całym jej życiem. A to własnie książki Zafon'a są mostem łączącym nasze dziecięce lęki z fantastyczną fabułą. Nigdy nie kończą się dobrze, bo to nie są bajki na dobranoc. Lecz wywołują w dojrzałym Czytelniku tę rzadko spotykaną melancholię. Mówi się, że dziecięca wyobraźnia nie zna granic. Prawda. Ale bardziej godne podziwu są odważne czyny dzieci, które radzą sobie z własnymi potworami, bez pomocy dorosłych, którzy i tak nie rozumieją ich obaw.

Pałac północy jest trochę inny. Z jednej strony ma to wszystko co posiadają również Książę Mgły czy Światła Września, jednak bohaterowie tej historii są bardziej dojrzali niż tamci, już właściwie gotowi na wkroczenie w prawdziwe życie. I dlatego, pod tym względem, Pałac Północy podoba mi się najbardziej.

Ben i jego przyjaciele przeżyli całe swoje życie w sierocińcu St. Patrick. A teraz, gdy skończyli szesnaście lat przyszła pora, by rozstać się z ich domem i usamodzielnić. W dniu pożegnalnej imprezy poznają swoją rówieśniczkę, Sheere, która wraz z babcią przyszła w pilnej sprawie do kierownika placówki. Musi być to coś naprawdę niecierpiącego zwłoki. Zaintrygowany tym Ben zaprasza Sheere na ostatnie, rozwiązujące spotkanie ich "klubu". Założyli to stowarzyszenie dawno temu, członkowie byli nie tylko przyjaciółmi ale łączyło ich to specjalne uczucie dotyczące tylko dzieci. Wspólna tajemnica oraz wyjątkowe miejsce spotkań - Pałac Północy - opuszczony, stary budynek, który dla dorosłych jest jedynie ruiną przeznaczoną do rozbiórki. Przyjaciele słyszeli już wiele strasznych historii, jednak kiedy nowa, tajemnicza dziewczyna opowiedziała im rodzinną historię , byli przerażeni. Postanowili pomóc Sheere w odnalezieniu ukrytego gdzieś w mieście domu jej ojca, i odkryć całą prawdę o jej rodzinie. Nie są jednak świadomi jakie niebezpieczeństwo na nich czyha. Magia, z jaką przyjdzie im się spotkać, powstała z bólu i żalu, jest to bardzo potężna moc. Odkrywając tajemnice sprzed lat będą słyszeć jęki umierających dzieci a palący się pociąg stanie się rzeczywistością. Zabójczą realnością.



"Dorosłość nie jest niczym więcej niż tylko odkrywaniem, że wszystko, w co wierzyłeś, kiedy byłeś młody, to fałsz, a z kolei wszystko to, co w młodości odrzucałeś, teraz okazuje się prawdą."


Fabuła tej książki nie jest bardzo rozbudowana, jednak treściwa. Nie miałam wrażenia, że jest to przytłaczające. Informacje odnośnie przeszłości, te tajemnice, które odkrywali Ben wraz z przyjaciółmi, były podawane stopniowo. Nie było w tym wszystkim przesady. Ja lubię takie krótkie opowiadania. Pałac Północy jest uniwersalny, ma ten charakter ponad czasowy, który powoli zastępowany jest zbyt dosłowną fantastyką. Teraz większość powstających utworów są o miłości (która rzadko kiedy występuje w takiej formie jak w książkach), potworach, wampirach, z którymi normalny człowiek nie ma styczności. Nie wiem jak wy, ale ja nigdy nie spotkałam wilkołaka. Natomiast dzieła Zafon'a niosą i będą nieść dużą wartość, treść zrozumianą przez wszystkich chętnych do jej zrozumienia.

Oczywiście styl pisania jest bardzo urokliwy, zaczarowuje Czytelnika. Uważam się za wrażliwą osobę i mnie ta książka bardzo się spodoba, lecz nie jestem pewna czy każdy będzie potrafił wczuć się w ten klimat. Czytając Pałac Północy poszukiwałam symboli, odniesienia do własnych lęków, znalazłam to co chciałam, jednak nie każdy docenia magię dzieciństwa. Mnie to bardzo intryguje - przecież nie jestem już tą samą osobą co 4 lata temu, wtedy miałam inne marzenia, inne lęki, miałam, niezrozumiałe teraz przeze mnie, spojrzenie na świat. Ale teraz jestem na tyle dojrzała by dostrzec i docenić tę różnicę.

Myślę, że te cztery książki składające się na sagę, moim zdaniem, są na prawdę warte przeczytania. Wiem, że niektórzy nie lubią Zafon'a albo nie jeden powie, że to literatura dla młodszych Czytelników, jednak ja polecam ją każdemu. Należy stawać naprzeciw stereotypów, i przekonać się na własnej skórze.


Liczba stron: 288



POLECAM !

                               




sobota, 18 maja 2013

"Nie rób mi tego" - Piotr Kołodziejczak



Strony: 160
Źródło: egzemplarz recenzencki 

Czy zadawaliście sobie kiedyś pytanie, kiedy następuje odpowiedni moment na zmiany? Czy jest taka pora, kiedy zrobienie czegoś nowego, zmienienie biegu wydarzeń jest rzeczą naturalną? Wiele czynników sprawia, że mamy ochotę zrobić coś,  co wprowadzi w nasze życie nowy nurt, nowe przeżycia. Ja np kilka razy w ciągu roku, spontanicznie, idę do salonu fryzjerskiego ściąć włosy, oczywiście na bardzo krótko. :) Ponieważ czuję, że tego na daną chwilę potrzebuję, aby wyzbyć się monotonii i znudzenia. Główna bohaterka książki "Nie rób mi tego" czuje, że musi podjąć jakieś poważne decyzje. A więc zrywa ze swoim chłopakiem i chce kupić bilet by wyrwać się z tego miasteczka.. ale nie, nie. To nie takie proste.

Od pierwszych stron panuje w książce atmosfera pewnego napięcia i już wdrożonych w życie zmian, co jest intrygujące. Jednakże napisana została z niezwykłą delikatnością, można by powiedzieć ostrożnością. Jeśli miałabym użyć tutaj porównania, to kojarzy mi się z symfonią graną na pianinie - spokojnie i stonowanie - z dystansem a jednak zaangażowaniem, wolno tak aby każdy zrozumiał jego przesłanie. Taki zabieg był potrzebny, bo nie  jest to książka o dziewczynie jakich wiele, o zwykłej egzystencji gdzieś na ziemi czy o przygodach grupki nastolatków. To smutna historia, o odwadze jaką trzeba mieć, aby odmienić swój los.

Aneta, dziewczyna o wielkiej sile determinacji i wrażliwości, wiedzie spokojne życie z babcią. Mieszkają razem, mimo, że jeszcze kilka lat temu nie były w dobrych stosunkach. Aneta ma chłopaka, którego kocha. Nieodgadnioną i zwariowaną przyjaciółkę. Mieszka w lekko wyidealizowanym mieście. Już z początku czułam, że żyje im się tam za dobrze. Do każdej sprawy podchodzili z jakąś dziwną rezerwą, ze stoickim spokojem, czego, jak dobrze wiemy, w normalnym świecie nie stosujemy zbyt często. W każdym razie, Aneta chce wyjechać z miasteczka, aby dokończyć studia. Przerwała je, ze względu na wypadek. No własnie, to był ten punkt zwrotny w jej życiu. Tak jak to pamięta, po rehabilitacji przyjechała tutaj, do babci. A teraz czuje się gotowa, by wrócić do normalnego trybu życia. Już podjęła decyzję. Musi wyjechać. Tylko przed podróżą, powinna się o czymś dowiedzieć, a to może zaważyć na jej decyzji. Każda z bliskich jej osób ma jej teraz coś do przekazania. Jest to swoistego rodzaju misja dla każdego z nich. Sądzę, że to pewna symbolika, każda z tych postaci przekazuje Anecie różne wartości. Tak aby nasza bohaterka, była w pełni ukształtowaną osobą, która jest w stanie decydować o swoim dalszym bycie. That's not easy. Zdaje się, iż wszystko jest dopasowane do naszej Anetki, choć ona najwyraźniej nie zdaje sobie z tego sprawy. Do czasu. 

Jest w tej książce wiele elementów, które mi się podobają. Między innymi prostota i delikatność jaką służy się autor, Piotr Kołodziejczak. Oraz niewątpliwe przesłanie jakie niesie ta książka. Aby wczuć się w klimat tej historii należy mieć wrażliwość i empatię. Wiele osób ma zwyczaj krytykowania książek 'ot tak'. Ja uważam, że to, iż jej twórcą jest Polak a nie Brytyjczyk czy Amerykanin oraz ma tylko 160 stron jest jej atutem. Przyznam, że okładka wyjątkowo nie trafia w me gusta, może nawet wygląda odrobinę tandetnie. Jednak pod tą zniechęcającą skorupą kryje się nienagannie napisana, poruszająca opowieść.

Moja opinia jest obiektywna, tak uważam. Ponieważ nie mam w zwyczaju słodzić byle mieć z tego korzyści. Tak wiec, to co teraz napiszę jest odpowiednim dobraniem słów w rzetelnej oprawie: Nie poczułam zbyt wielkich emocji czytając "Nie rób mi tego", jednak niezauważalnie poruszyła ona moje serce. Dodała mi ona nadziei i sił, a zarazem jest dowodem, że nie trzeba rozwiniętych opisów miejsc czy porywającej akcji, aby czytelnik był w pełni zadowolony. 


Moja ocena: 4+/6

Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję wydawnictwu: 


sobota, 11 maja 2013

"Candy" - Kevin Brooks



"Candy" - Kevin Brooks



Strony: 352
Oprawa: miękka
Źródło: antykwariat
Moja ocena: 6/6



"Trudno mi sobie uzmysłowić, jak żyłem, zanim poznałem Candy. Czasem siadam i godzinami myślę o przeszłości, usiłując wydobyć tamten czas z pamięci, nigdy mi się nie udaje. Tak, jakbym bez niej w ogóle nie istniał. Udaje mi się cofnąć zaledwie pół godziny przed naszym pierwszym spotkaniem; ostatnie chwile mojej egzystencji sprzed Candy, kiedy jeszcze byłem po prostu chłopcem... chłopakiem w pociągu, chłopakiem z chorą ręką, chłopakiem w dziwnej czarnej czapce.
Wtedy byłem niewinny.
Byłem po prostu chłopcem.
W pociągu.
Z chorą ręką.
W czapce.
To był cały świat, który znałem."



Takie są pierwsze słowa  Joego, wrażliwego i nieśmiałego chłopca, który jest narratorem i uczestnikiem wydarzeń w książce. Joe opowiada niesamowitą historię, która bardzo wpłynęła na jego postrzeganie świata i zmieniła go wewnętrznie. 



Przypadkowo poznaje dziewczynę, Candy, która wzbudza w nim zachwyt. Jej pewność siebie, włosy, uśmiech, sposób poruszania się...Joe sam nie wie dlaczego ale nie może przestać o niej myśleć. Atmosfera tajemniczości i napięcia przewija się przez całą powieść. Nie sądziłam, że czytanie książki z punktu widzenia chłopaka może być tak fascynujące. Candy, tajemnicza dziewczyna, która pojawiając się przysłania mu świat - po chwili znika. Joe pragnie ją odnaleźć i znajduje. Przy okazji dowiadując się o tej dziwniej dziewczynie coraz więcej...




Autor znakomicie przedstawił kontrastowość świata narkotyków, przemocy, rozpaczy z światem normalnym, ślepym na ów poprzedni. Pióro pisarza jest jednocześnie proste i pełne emocji. Czyta się bardzo szybko a z każdą stroną rośnie ciekawość. Mogłabym porównać tą książkę do huśtawki - raz czytelnik jest w górze, napięcie jest niesamowicie wysokie, spowodowane nagłymi wydarzeniami, a zaraz potem wydaje się, że wszystko już się ułożyło, i czytelnik opada z ulgą w dół. 

Pod koniec książki byłam cały czas w górze, miałam ściśnięte gardło nawet po skończeniu książki, której koniec nie był do końca wyjaśniony. Przez to cały czas mam wrażenie, że nadal jestem w tej książce, razem z bohaterami, z Candy i Joe czekam co przyniesie kolejny dzień.




Wszystko w tej książce jest takie rzeczywiste a jednocześnie aż nierealne, niesamowicie opowiedziane. Powieść ukazuje okrutną prawdę świata, w której próbują się odnaleźć młodzi ludzie i pomagać sobie nawzajem. Joe wiedział o istnieniu tego drugiego świata, ale nie sądził, że może być tak okropny. Chłopak przeżywa skrajne emocje, od niepewności, strachu, przerażenia do niesamowitego szczęścia i zachwycenia dziewczyną. Chce zrozumieć, jak Candy znalazła się w tym świecie i spróbować ją z niego wyciągnąć.



Czy miłość i nadzieja warte są walki ? 

Jak uciec przed niebezpieczeństwem, które czai się za każdym rogiem ?

Czy Joe poświęci wszystko by ratować Candy ?



Polecam, polecam i jeszcze raz polecam! Dawno nie czytałam książki o tak prostej historii, opowiedzianej w tak niezwykły sposób :))




Inne książki tego wspaniałego autora :