Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 sierpnia 2014

"Dziewięć żyć Chloe King. Upadła" - Liz Braswell

Dziewięć żyć Chloe King #1

Wiecie, że uwielbiam Kobietę Kot? To jeden ze stu moich ulubionych filmów. Zawsze intrygowało mnie jak Halle Berry wije się i kopie tyłki bad guys. Moim skrytym marzeniem jest, żeby moja kotka (która nazywa się Fiona - nie wiem o czym myślałam nadając jej to imię) wielbiła mnie i zawsze przy mnie była, a jak przypadkowo się zabiję uratowała mnie z opresji i zamieniła w seksowną oraz niebezpieczną Catwoman. Marzenia..
Ale Chloe gdzieś zmieściła się w granicach mojej wybujałej wyobraźni, i choć kotów tam nie było, to zyskała pewne zdolności. Po tym jak umarła. 

Umarła! 

Taaak, Chloe jest szesnastolatką adoptowaną z Rosji, która w swoje urodziny umarła, a potem wstała jak niby nic i zaczęła spoufalać się z mężczyznami na lewo i prawo. Oprócz niepohamowanej żądzy, zyskała umiejętność szybkiego biegu, wysokich skoków i wysuwania pazurków. Dużo sypia, ma dobry wzrok.. upodabnia się do kota. A na dodatek jest na celowniku Bractwa Dziesiątego Ostrza. Czy zdoła zachować swoje dziewięć żyć? Jakie tajemnice zostają przed nią ukryte? Kto jest przyjacielem a kto wrogiem?

Mam niezdrowe wrażenie, że ta książka jest zwyczajnie dziecinna i niedbale napisana. Nie wiem dla jakiej grupy wiekowej byłaby odpowiednia, ale ja już raczej się do niej nie zaliczam. Dla mnie to było dość puste, bez wyrazu. Przyznam, że potencjał jest bardzo duży. Motyw ludzi posiadających cechy kocie jest dość znany, ale nie przypominam, żeby ktoś ostatnio go wykorzystał (oprócz filmu). Uważam, że wybór szesnastolatki na główną bohaterkę zamiast osiemnastolatki, na przykład, był błędem. Zyskalibyśmy więcej naturalności i ostrości. Ale nie mi pouczać autorkę, stało się i się nie odstanie.

Chloe jako postać mnie zawiodła, ale i zaskoczyła. Z jednej strony to jeszcze zagubiona nastolatka, która spokojnie mogłaby udawać dziecko z podstawówki. A z drugiej umie się odnaleźć w sytuacji i nie postępuje bezmyślnie. Chodzi do pracy po szkole, umawia się ze starszym chłopakiem.. i z rówieśnikiem. Z kwiatka na kwiatek, ale to wciąż niezrównoważona nastolatka. Jej kreacja jest dualistyczna, i mam tylko nadzieję, że w drugiej części Liz Braswell coś z tym zrobi. Choć, już pod koniec książki zauważyłam, że Chloe się zmieniła i być może trochę dojrzała. To dobry znak. 

Bardzo mało opisów, a jeśli już jakieś były to głupkowate i niepotrzebne. Jedynie co ratuje cały zarys książki to opisy walki i to w jaki sposób Chloe odkrywa swoje nowe umiejętności. To jak przeskakuje z budynku na budynek, jak przekracza swoje granice jest przedstawione w naprawdę ciekawy sposób. Walki nie było zbyt wiele, ale to co otrzymaliśmy było dobre. 

Jest dużo tajemnic, ale bez tej mrocznej aury, tylko po prostu mało jest opisane. W książce panuje chaos, mało który element został przemyślany. Prowokują czytelnika, bo on myśli, że to coś istotnego a potem te elementy są pomijane i właściwie się do nich nie wraca. W dodatku, o zgrozo, występuje ogrom kolokwialnych wyrażeń, które być może są dość "cool" dla gimnazjalisty, ale dla mnie niestety już nie.

Nie jest to żadna wymagająca powieść, i nigdy taką być nie miała. Czytało się ją dobrze, mimo całych tych moich narzekań. To taka lektura na jedną noc, lub jeden dzień, gdzie jest po prostu przyjemnie. Ale nie należy oczekiwać niczego więcej. Myślę, że sięgnę po następne części, być może już w najbliższym czasie. Ciekawi mnie co będzie dalej a to już coś. 


Dziewięć żyć Chloe King #2

Dziewięć żyć Chloe King #3

ohh, ale druga i trzecia część mają piękne okładki! Kurcze, dlaczego jedynka ma taką brzydką?

piątek, 1 sierpnia 2014

"Przez bezmiar nocy" - Veronica Rossi

Przez burze ognia #2

Kolejna dawka silnych wrażeń. Po wydarzeniach w jedynce Arii i Perry'emu przyjdzie się spotkać tylko na chwilę. On zajęty jest plemieniem, za które jest odpowiedzialny. A ona otrzymała misję odnalezienia Wielkiego Błękitu. 

Burze eterowe się nasilają. Tam gdzie kiedyś było względnie bezpiecznie teraz króluje lęk o następny dzień. Każdy chce znaleźć Wielki Błękit. Ale nie każdemu będzie to dane. 

Liczyłam, że autorka nas czymś zaskoczy, coś uwydatni, ale właściwie jedyne co czułam to zimny oddech na swoim karku mówiący: szybciej, szybciej, już niedaleko do Wielkiego Błękitu
Bezsensowna jest wiedza, że główny cel tej książki to dotarcie do bezpiecznej przystani zwanej Wielki Błękit. Pierwsza część była odpowiednia, poznajemy bohaterów i wgl, ale dwójeczka nie wniosła niczego nowego. Była tylko spoiwem łączącym pierwszy tom z trzecim. I nie powinno dać się tego odczuć.

Spodziewałam się też jakiegoś  wyjaśnienia skąd eter właściwie się wziął, ale niczego takiego nie otrzymałam. Jestem bogatsza w wiedzę o tym świecie, ale nie jest to ani wyraźne ani przejrzyste. Natomiast bohaterów polubiłam jeszcze bardziej, o ile się da. Uważam, że Aria i Perry są dla siebie stworzeni, i pomimo, prób na które są wystawiani, nie poddają się i walczą o miłość. A muszę napomknąć, że właściwie 2/3 książki są od siebie odseparowani (buuu).Wprowadzono kilku nowych bohaterów, a może trafniejszym określeniem byłoby, że poznajemy tych, o których już była mowa. Podoba mi się transformacja Arii. Z zagubionej i niewinnej zmieniła się w prawdziwą wojowniczkę. Ale mam żal, że jej przemiana nie została ukazana, tylko "stała się" pomiędzy częściami. 

Miłość to niesforny ptak, którego nikt nie może oswoić.

Akcja jest powolna i nudna, i naprawdę nic takiego się nie dzieje (no może oprócz końcowych stron) ale pochłonęłam ją jak gąbka wodę. Przeleciało mi hop bęc i już. Mam takie uczucie, że mogłabym wielokrotnie ją czytać i by mi się nie znudziła. 

Styl pisania Rossi właściwie się nie zmienił, nic nie zauważyłam. Natomiast opisy uczuć ewidentnie są atutem ten serii. To niezwykłe jak samym słowem można tak niedyskretnie wpływać na czytelnika. To wina pobudzanych emocji. I choć dzieje się niewiele, to każdy rozdział obfity jest w kształtowanie relacji, delektowanie się uczuciami. 

Nie uważam żeby to była najlepsza środkowa część ever, ale liczę, że Wielki Błękit będzie wart poświęcenia. :) 

Przez burze ognia #1
RECENZJA

Przez burze ognia #3

środa, 2 lipca 2014

"Przez burze ognia" - Veronica Rossi

Przez burze ognia #1

Tak sobie myślę, że jest jest to jedna z lepszych (pierwsza dwudziestka) książek z gatunku fantasy jaką miałam okazję czytać. Nie wiem co w niej jest, ale pochłonęłam ją w jedną noc. Początek - beznadziejny. Ale rozwinięcie - woooow. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. A ja lubię gdy w lekturze przeciwstawnie występuje subtelność i ogromna moc emocji. Sądziłam, że pozytywne opinie na jej temat są co najmniej na wyrost, jednak, sama stwierdzam, że nie mogę ocenić jej tylko pozytywnie lub tylko negatywnie. To taki idealny środek.

Dobra, ale przybliżę wam lekko zarys fabuły. 
Mamy główną bohaterkę, Arie, która mieszka w Revierie i funkcjonuje w świecie nierealnym. Za pomocą myśli może przenieść się do dowolnej Sfery i doświadczać wszystkiego wielowymiarowo. Dzięki wizjerowi (nakładki na oko) może jednocześnie przebywać w  odizolowanej od reszty świata kopule i bawić się na imprezie, przykładowo, w Paryżu. Na początku kompletnie nie mogłam zrozumieć jak to wszystko działa, ale wraz z rozwijającą się akcją nabierało to sensu. Aria jako postać nie jest do mnie podobna, ale to nic, bo nietrudno przyszło mi się z nią zaprzyjaźnić. 

Perry jest Wygnańcem. Urodził się poza kopułą. Miał styczność jedynie z tym co prawdziwe. Jest męski i odważny. Taki charakterny trochę. Początkowo uważa Arie bardziej jako kule u nogi, jednak potem ujawnia się jego delikatność i opiekuńczość. Perry ma bratanka dla którego jest w stanie zrobić bardzo wiele, i własnie to spowodowało, że złączyły się losy tej dwójki, Arii i Perry'ego. 


Początek, jak już wspomniałam, niczym nie zachęca. Jest nijaki, chaotyczny, taki typowy gniot. Szczerze mówiąc, za pierwszym razem dotrwałam do końca, bodajże, pierwszego rozdziału, i się poddałam. Nie da się czytać książki prawie zasypiając. Ale dałam jej drugą szansę. Akurat nie było niczego lepszego w bibliotece. Przetrwałam pierwsze rozdziały i.. wpadłam w trans. Okej, nie powinno tak być, bo pierwsze zdania są najważniejsze, ten pierwszy rozdział ma połechtać nasze zmysły, a nie zamęczać na śmierć. To dosyć duży minus, no i jest jeszcze ta cała sprawa z wizjerem i tymi Sferami. Wyczuwam duży potencjał, i mam nadzieję, że Pani Rossi nie zepsuje tego wątku, jednak początkowo nic z tego nie pojmowałam. Fakt, nie znam się na cyberprzestrzeni i takich tam bajerach, ale myślę, że można było to wyjaśnić w taki sposób, aby nikt nie miał wątpliwości jak to wszystko działa. Teraz już bardziej to rozumiem, z każdym rozdziałem wiemy coraz więcej, ale początkowo w mojej głowie miałam kołowrotek. A mój wewnętrzny chomik nie nadążał machać malutkimi łapkami. 


To co bardzo mi się podobało to ograniczenie ilości bohaterów, przez co wszyscy byli  bardzo wyraźni. Atmosfera była, powiedziała bym, intymna. Tak jakby była to historia spisana specjalnie dla mnie. Relacja Arii i Perry'ego powoli nabierała tempa. Od lekkiej nienawiści do prawdziwego uczucia. No, co jak co, ale było dość emocjonalnie. Ale i spokojnie. Tak lekko. Dojrzale. A niektóre sceny były prześmieszne. Każde z główny bohaterów ma mocny charakter, a ich dialogi rozśmieszą niejeden "ciężki przypadek depresji". Podobały mi się opisy przyrody, oraz w szerszym obrazie, cały przedstawiony świat. Nie odstaje bardzo od naszego, jest dość realistyczny. Jedynie te dziwne, nowoczesne dodatki. Mam takie odczucie, że mogłabym to podciągnąć pod post apokaliptyczne fantasy jednak autorka niewiele o przeszłości mówi, także pochopnych wniosków nie przystaje mi wysuwać. Zobaczymy co będzie w następnych częściach. 

Generalnie nie jest to żadna ambitna lektura - tylko, o własnie, idealna na wakacje. Lekka, przyjemna, zmysłowa. Ale nie jedynie romans. Jest też trochę tajemnic, ucieczka i pościg. Można na chwilę się zatrzymać i zastanowić co jest dla mnie ważne w życiu. :) 



Przez burze ognia #2


Przez burze ognia #3

piątek, 11 kwietnia 2014

"W otchłani" - Beth Revis

W otchłani #1

Na obecne czasy wizja zasiedlenia innej planety jest co najmniej nierealna. Niedorzeczna. Niewykonalna. Jednak jeśli istniałyby warunki ku temu, chcielibyście być pierwszymi obywatelami Nowej Ziemi? Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak odległe jest to marzenie, i może nawet więcej niż planowane trzysta lat w otchłani. Czy będzie warto? Może kiedyś się dowiemy.

Własnie tak, w otchłani. Zawieszeni gdzieś w przestrzeni pomiędzy Ziemią a ostatecznym celem. Tam znajduje się statek kosmiczny, na którego pokładzie życie toczy się dalej..

Starszy niebawem ma objąć funkcję przywódcy, nie w aspekcie kierowania statkiem, ale pilnowania ludzi na nim mieszkających. Populację na statku dzieli się na tych prowadzących aktywne, normalne (lub mniej normalne) życie oraz w stanie hibernacji. Wszystko jest pozornie idealne, każdy z nich jest nierealnie perfekcyjny. Podobny wygląd i brak indywidualności. Ci którzy w jakikolwiek sposób odstają od normy uważani są za chorych psychicznie, fajnie nie? W każdym razie są aż nazbyt posłuszni. Wierzą w to, co mówione jest od dawna, niekoniecznie zgodnego z prawdą. Są jak kury w zagrodzie - jedzą kiedy sypiesz im ziarno. Myślą o tym, co jest dla ciebie korzystne. Rodzą się i umierają kiedy jest to potrzebne. Są zniewoleni, nawet tego nie dostrzegając. Aż budzi się ona - Amy.

Amy urodziła się na Ziemi. Jest to dziewczyna, która kochała miejsce, w którym przyszło jej żyć, a wylot wcale nie był dla niej wybawieniem czy przygodą. Podążyła drogą swoich rodziców, mimo, iż miała wybór: zostać lub odlecieć. Przechodzenie w stan hibernacji było dla niej niezwykłym i zarówno przerażającym przeżyciem. Jako siedemnastolatka znalazła się sam na sam z własnymi myślami, na dobre kilkaset lat, i jedyne o czym marzyła to by się obudzić.

Starszy i Amy jak dla mnie są dla siebie stworzeni. Ona jest cudowna. Powiedzmy sobie szczerze, gdyby przyszło mi obudzić się o wiele za wcześnie niż powinnam, na jakimś dziwnym statku, wśród osób, którzy nie wiedzą właściwie nic o Ziemi, w dodatku wyglądając nietuzinkowo, co jest mało powiedziane, bo mając rude włosy pośród brunetów i brunetek, chyba bym zwariowała. A najsmutniejsze w całej tej historii jest to, że Amy nie może zbudzić swoich rodziców. Kiedy ona będzie się starzec, żyć pełnią życia, oni wciąż pozostaną tacy sami, pogrążeni we śnie. Kiedy w końcu zostaną przebudzeni, ich córka będzie u schyłku życia.

Starszy jest zafascynowany Amy, no po prostu pożera ją wzrokiem. Ziemią interesował się od zawsze, ale nawet mając specjalne uprawnienia, nie dostawał prawdziwych informacji. Zresztą, na statku jest więcej kłamstw niż można się tego spodziewać. Do tego przebudzenie Amy nie było przypadkowe, ktoś próbuje zabić innych zahibernowanych, pytanie brzmi, w jakim celu?

Mamy relację z tego co się dzieje od dwóch różnych osób, z innymi charakterami, inną przeszłością, są jak niebo i ziemia. Heh, zabawne, bo jest to najtrafniejsze określenie. Amy urodzona na Ziemi, Starszy na statku unoszącym się w kosmosie. Co było najlepsze, pomimo wartości ich spotkania, oni i tak pozostali tymi samymi ludźmi. Nie skupiali się na sobie, tylko myśleli o zupełnie innych sprawach. Starszy był okłamywany od dawna i dopiero teraz zdaje się to zauważać. Amy martwi się o rodziców i innych poddanych hibernacji. Ich miłość nie jest oczywista. Powoli się poznają i wcale nie zależy im na nieokiełznanym romansie, tylko na wsparciu. Co niezwykłe, autorka nadała książce atmosferę zamkniętej przestrzeni. Każdy zapewne w odmienny sposób wyobraził sobie ten statek, ale to uczucie pustki wokół niego odczuwa każdy. W taki sposób łatwiej jest poczuć bezsilność bohaterów.

Pomysł jest genialny, wykonanie perfekcyjne, właściwie nie ma niczego do czego mogłabym się przyczepić. Bohaterowie drugoplanowi wykreowani zostali równie dobrze jak Amy i Starczy. Akcja jest wartka. Opisy są niewymuszone, leciutko wplecione w dialogi, chociaż zdarzały się też dłuższe, ale to normalne. Cóż mogę powiedzieć, pozostaje mi jedynie polować na drugi tom. A was zachęcam do lektury!

W otchłani #2
W otchłani #3 
Ps. Nie uważacie, że okładka Cieni Ziemi jest cudowna? *.*

sobota, 8 lutego 2014

"Wróżbiarze" - Libba Bray

Wróżbiarze #1

Szczerze? Myślałam, że to będzie jedna wielka porażka. Czytałam Mroczny sekret Libby Bray i wcale mi się nie spodobał. Znaczy książka okej, ale jakoś mnie nie wciągnęła. Za to Wróżbiarze pochłonęli  mnie w całości. Muszę dodać, że nienawidzę historii i niewiele wiem o latach dwudziestych, ale teraz gdybym mogła przenieść się do przeszłości to własnie te lata, jako pierwsze bym odwiedziła. Są po prostu cudowne. Przynajmniej Bray tak je opisała, że się w nich zakochałam.

Evie O'Neill jest stworzona do życia w wielkim mieście. Jazz, Dżin i imprezy to wszystko o czym marzy. To synonimy wolności. Ona dusi się w swoim miasteczku. Gdy po raz kolejny wywołuje skandal, rodzice postanawiają wysłać ją do Nowego Yorku. Rzekomo ma to być kara, ale dla Evie to dar od losu. To okazja by udowodnić, że jest nowoczesna, samodzielna i niezwykle odważna.

Opiekę nad Evie sprawować ma jej wuj, na oko trochę dziwny i samotny. Prowadzenie muzeum Niesamowitości i czytanie książek to całe jego życie. Zajmuje się także niewiele starszym od Evie chłopakiem, Jericho, za którego jest odpowiedzialny. Mogłoby się zdawać, że młodzi razem podbiją Nowy York, niestety Jericho jest bardziej podobny do wuja Evie niż do niej samej. Aczkolwiek ich znajomość ciekawie się rozwija.

O prawdziwym charakterze dużego miasta Evie dowiaduje się tuż po opuszczeniu pociągu, kiedy to młody, przystojny chłopak imieniem Sam namiętnie całuje ją po przypadkowym spotkaniu. Evie uwielbia Nowy York. Zmienia zdanie, kiedy okazuje się, że nowo poznany chłopak pozbawił jej dwudziestu dolarów. Na szczęście ma okazje odwdzięczyć się za to, gdyż ich losy zostają złączone już na długi czas.

Nasza główna bohaterka bardzo szybko zyskuje nowych, wyjątkowych przyjaciół. Razem chodzą na imprezy i się świetnie bawią, mimo, że wujaszek specjalnie tego nie popiera. Plany dziewczyny nieco się zmieniają kiedy w mieście dochodzi do brutalnych, nawet jak na obecne czasy, morderstw. O pomoc w rozwiązaniu sprawy poproszony zostaje wuj Evie. Nie jest to jednak typowy przeciwnik z jakim zmaga się policja.

Evie od dawna skrywa tajemnicę. No dobra, jej charakter nie pozwala jej na całkowite utrzymywanie swojej mocy w sekrecie, ale teraz nareszcie czuje, że może się do czegoś przydać. Evie czyta przedmioty. Nie jest jednak świadoma, że jest więcej ludzi takich jak ona. Tacy ludzie nazywani są wróżbiarzami.

Co ja mogę powiedzieć? Może tak szybciutko. Bardzo polubiłam tę książkę. Nie do końca wiem za co ją cenię ale jest po prostu świetna. Przede wszystkim Bray wyśmienicie przeniosła nas w lata dwudzieste Nowego Yorku. Rok 1926, świeże wspomnienie Wielkiej Wojny, konflikty na tle rasowym i postrzeganie przez pryzmat pochodzenia. Są to niespokojne, ciemne czasy ale ten klimat jest nieziemski. Przez odniesienie do historycznych motywów, lektura jest jeszcze bogatsza, cenniejsza, porusza ciężkie tematy, ale nie przytłaczają one głównych wątków. Można się na chwilę zatrzymać, wchłonąć klimat tych czasów, wzruszyć się i zapłakać nad ówczesnymi realiami. Opisy są cudowne, bo pokazują wszystko co trzeba wiedzieć, nie wciskają na siłę niepotrzebnych wyobrażeń tylko, dosłownie, nas tam przenoszą. Nie są monotonne i idealnie wpasowują się w naturalny "rytm" książki. Samo patrzenie na okładkę (która moim zdaniem jest cudowna) przyprawia mnie o dreszcz, taki pozytywny. Jeśli miałabym do czegoś porównać atmosferę panującą w książce, to chyba do tej otaczającej Sherlock'a Holmes'a. Przede wszystkim mamy mądrych bohaterów rozwiązujących wspólnie zagadki. Szukają, pytają, dedukują tak długo aż w końcu dojdą do jakiś wniosków. A to jeszcze mało. Oni to robią z Pasją. Taką prawdziwą, kiedy to człowiek nie odczuwa głodu, a na samą myśl o tym czymś czuje "motylki" w brzuchu.

Bohaterowie są wyraziści, nawet ci poboczni. Tak na prawdę to dla każdej występującej tu postaci jest przeznaczona jakaś historia. Można zauważyć, że autorka nie skupia się strikte na jednym wątku, ale już w zalążku przygotowana szersza perspektywa postrzegania tej sagi. Fabuła jest na tyle dziwna, że występuje w niej bardzo dużo motywów paranormalnych. W pewnym sensie jest to jeszcze ciekawsze, ponieważ postrzeganie nadnaturalnych elementów w tamtych czasach różni się od naszego. Wtedy wszystko było owiane jeszcze szczelniejszym nakryciem niewiedzy. Oczywiście starają się myśleć racjonalnie, są religie i różne opinie na ten temat, jednak jest to takie słodko naiwne. W każdym razie, ogromne brawa za atmosferę, bo jestem dosłownie pod wrażeniem. Skuście się lub nie, ale ja polecam. :D

czwartek, 1 sierpnia 2013

"Ja ,potępiona" - Katarzyna Berenika Miszczuk




Miało być fantastycznie ,a wyszło jak wyszło...



Po dwóch wspaniałych i porywających tomach ,nastąpiła totalna klapa. Nie wiem nawet co w tym momencie o tym wszystkim sądzić. Śmiać się ,czy płakać?


Katarzyna Berenika Miszczuk podbiła moje serce książkami "Ja ,diablica" oraz "Ja ,anielica". Na prawdę ,byłam bardzo ciekawa co tym razem przydarzy się Wiktorii. 

Zacznijmy jednak od początku ,który stał się końcem życia naszej ukochanej bohaterki. Dziewczyna została przypadkowo uśmiercona przez Azazela i Beletha ,którzy zamiast na nią ,polowali na Piotra. Sęk w tym ,że Ci dwaj spryciarze przekupili śmierć ,by nie dopuściła do targu o zmarłą duszę. Tym oto sposobem Weronika trafiła do Tartaru - krainy wiecznego cierpienia i szarości...

Kolejne rozdziały sprowadzają się do poznania zasad panujących w tym miejscu oraz osób ,które tam trafiły. Znajdzie się także wątek miłosny i walkę między zaświatami ,ale więcej Wam nie zdradzę.

Autorka nie odwzorowała całkowicie krainy według mitologicznych opowieści ,ale jej wizja nie porwała mnie. Całkiem inaczej przedstawia się sprawa z nowymi postaciami. W tym tomie udało mi się poznać Kubę Rozpruwacza ,Achillesa ,Adolfa Hitlera i wielu ,wielu innych zwyrodnialców. To chyba był jedyny plus jaki udało mi się zauważyć podczas lektury tej książki.

Wszystkie wątki były do złudzenia przewidywalne. To bardzo przykre ,ponieważ poprzednie tomy pod tym względem były o niebo lepsze. Cieszył mnie tylko fakt ,że nie było w nim powtarzania ubiegłych wątków tak ,aby czytelnicy ,którzy nie czytali poprzednich tomów bez problemu odnaleźli się i w tym.
Może zamysł pisarki był dobry ,ale gorzej jej poszło z jego realizacją. Chyba najsmutniejsze dla autora może być twierdzenie ,że czytelnik męczył się podczas czytania tekstu ,nad którym tak długo pracował. Tym razem tak było.

Wątek miłosny Wiktorii i Beletha pozostawia wiele do życzenia. Łzawe teksty chyba miały być romantyczne ,a wyszły niczym brazylijska telenowela. Chyba nie ma sensu rozwodzić się nad tym dokładniej ,prawda? Prawdopodobnie każdy domyśli się co miałam na myśli... Przynajmniej mam taką nadzieję.

W tym momencie mogę z całą pewnością powiedzieć ,że żałuję spędzonego nad nią czasu i energii zużytej na jej czytanie. Gdybym kupiła ją za moje ciężko zarobione pieniądze to możliwe ,że uroniłabym kilka łez z tego powodu. Zakończenie trylogii nie było dla mnie zbyt spektakularne ,a wręcz idiotyczne. Cukierkowe zakończenie ,serio?
Pani Miszczuk ,nie tego się spodziewałam!


POPRZEDNIE CZĘŚCI !


                                       




Źródło: biblioteka

czwartek, 11 lipca 2013

"Podzieleni" - Neal Shusterman

„(…) skoro ich własnym rodzicom nie zależało na nich wystarczająco mocno, żeby ich zatrzymać, to kto będzie chciał ich w niebie?”
Świat zmienia się, bo ludzie się zmieniają. Nigdy nie uzyska się konsensusu, jeżeli dwie strony konfliktu mają zbyt wielką dumę i zbyt wielką wiarę w swoje ideały. Jednak świat się zmienił. W obecnych czasach kłócimy się o możliwość aborcji, debatujemy o znaczeniu życia, wciąż szukamy nowych rozwiązań dla niechcianych dzieci. Kto wie? Może za kilkanaście lat świat będzie wyglądał tak, jak w "Podzielonych"...

Proces podzielenia to jedyne sensowne rozwiązanie problemów. Za co można zostać Podzielonym? Za sprawianie problemów wychowawczych - jak Connor. Kiedy mieszka się w sierocińcu i ma się jedynie przeciętne zdolności - jak Risa - również zakańcza się swój normalny żywot. A dlaczego by nie zrobić z tego pewnego święta, i nie poddawać podzieleniu co dziesiąte dziecko w rodzinie? No pewnie, bo każdy powód jest dobry, aby zostać Podzielonym. 

Connor i Risa nie chcą umierać. Mówi się, że po podzieleniu człowiek nadal żyje, wciąż świadomość funkcjonuje w jego częściach ciała, ale kto to wie na pewno? Bo podzielenie nie jest niczym innym jak rozdzieleniem ciała na podsystemy, potem zamieniane na produkty zastępcze. Gdy twoje oczy nie są już tak sprawne jak kiedyś możesz je wymienić, za drobną opłatą, na lepsze i młodsze. Jednak czy można kogoś tak po prostu rozczłonkować nie uśmiercając go? Mówią, że własnie na tym to polega.. 

Connor powoduje wypadek na autostradzie, a tym samym daje szanse ucieczki Risie, która była przewożona do ośrodka gdzie odbywa się podzielenie. Chłopak ucieka się do drastycznych środków, bierze zakładnika, Levi'ego - dziesięciorodnego. Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo poirytowany był Levi. Miał zostać złożony w ofierze, przez podzielenie, a tu nagle zjawia się jakiś agresywny chłopak i zabiera go gdzieś w las. Losy tej trójki zostały połączone, i mimo, że na ich drodze będzie wiele przeciwności to nie da się tak łatwo rozdzielić czegoś co zostało tak fundamentalnie połączone.

Risa i Connor będą próbowali przetrwać, a Levi zrobi wszystko aby od nich uciec. Będą to na prawdę interesujące zmagania.
Nie są jedynymi Podzielonymi, którym udało się zwiać. Gdzie się podziewają w takim razie? Na pustyni. I tam własnie podświadomie zmierzają nasi bohaterowie. Bo ich głównym celem jest przeżyć do osiemnastych urodzin. Wtedy odzyskają wolność i bezpieczeństwo.

Ta książka coś w sobie ma. Niewątpliwie jest oryginalna. I stawia sprawę jasno, że świat jest brutalny bo ludzie takim go czynią. Opisy są w porządku, a bohaterów bardzo polubiłam. Sama treść tej książki jest nieprzewidywalna i z ogromną przyjemnością czyta się o przygodach tej trójki. Jest też wprowadzony wątek romantyczny, ale jest wyważony i jest go niewiele, tylko żeby bohaterom żyło się lepiej, i żeby nadać fabule trochę napięcia. W trakcie poznajemy też innych wartościowych bohaterów, co jest fajne, bo autor stara się abyśmy dobrze poznali społeczność tego świata a nie ograniczali się do głównych bohaterów. Neal odwalił kawał dobrej roboty w przedstawieniu praw tam rządzących, całej polityki, skutków i przyczyn, jednym słowem, podstawa jest skonstruowana na pięć. Ale coś mi tu nie gra. Wydaje mi się, że to przez styl jakim pisze autor. Niby dotyka poważnej problematyki, i samo myślenie jest dobre. Sprawia, że Czytelnik zastanawia się nad samą istotą życia. Autor zmusza Czytelnika do refleksji. Ale sądzę, że za mało w tym wszystkim dojrzałości. Odniosłam wrażenie, że miała być to książka przeznaczona dla młodzieży, o podłożu fantastycznym. Jednak ja czytając tę książkę szukałam poważnych przemyśleń, a otrzymywałam jedynie wstępy do fantastycznych zdarzeń. Czy liczyłam na obyczajówkę? - nie. Ale autor wybrał tak wspaniały temat, tak dobrze do tego podszedł, że wolałabym aby to w całości była wnikająca do serca, wzruszająca historia, a nie jakich gniot dla nastolatków. Szkoda, że taki potencjał się zmarnował. Nie mniej jednak jest to dobra książka. Mają powstać następne części, których jestem ciekawa i które z pewnością przeczytam.


Strony: 445


czwartek, 27 czerwca 2013

"Homo bimbrownikus" Andrzej Pilipiuk


Zasady zasadami ,ale ja nigdy nie przeczytam  książek Pilipiuka po kolei...
Szósta część przygód Jakuba Wędrowycza zawiera tylko cztery teksty tj:

"Ostatnia misja Jakuba"
"Cyrograf"
 "Ochwat"
"Homo bimbrownikus"

Do pierwszych trzech tekstów nie mam żadnych zastrzeżeń. Są zwięzłe ,zabawne i pokazują starego ,dobrego Jakuba. Problemy zaczynają się dopiero w ostatnim opowiadaniu. W zasadzie nawet nie wiem czy powinnam je tak nazwać ,bo jest na to za długie. Z drugiej strony na powieść też się nie nadaje. Panie Andrzeju ,skąd ten innowacyjny pomysł? Przyznam szczerze, że w moich odczuciach zupełnie nietrafiony. My, czytelnicy kupiliśmy tę książkę w przeświadczeniu ,że znajdziemy w niej wiele krótkich opowiadań ,a nie jedno ,które ciągnie się w nieskończoność. Gdyby jeszcze ten pomysł był nie wiadomo jak dobry ,ale nie oszukujmy się - był bardzo przeciętny


„Wrócę na wieś i będę żył spokojnie. Skombinuje się jakiś zasiłek, może będzie nudno, ale bezpiecznie. Żadnych inkwizytorów, żadnych pogańskich kapłanek, żadnych szalonych dziadków...”


W "Homo bimbrownikusie" Wędrowycz schodzi na dalszy plan. Głównym bohaterem jest Radek Orangut przedtawiciel rasy homo sapiens fossilis. Młody chłopak z Dębinki ,wyrusza na podbój stolicy ,by jako jedyny z wioski kontynuować swoją edukację i uzyskać średnie wykształcenie. Po dotarciu do stolicy młodzieniec orientuje się ,że to tylko sprawnie przeprowadzona przez jego dziadka intryga. Pic na wodę. Chodziło tylko o to ,żeby sprowadzić go do siebie. Staruszek ma chytry plan. Chce zrobić ze swojego wnuka szamana i z jego pomocą wezwać Wielkiego Mywu, czyli wielkiego boga pod postacią niedźwiedzia. Motyw prosty ,ale gorzej z wykonaniem. Wszytko było dla mnie za bardzo pogmatwane. Zamiast zrobić z tego interesującą i w miarę zwięzłą opowieść autor pisał go przeciągając niczym flaki z olejem! (np.w kółko wałkowanie tego samego lub wymyślanie tak absurdalnych zwrotów akcji ,że moim zdaniem lepiej porzucić czytanie tego tekstu na "wieczne nigdy").

Jeżeli i tak jesteście zainteresowani i podejmiecie się tego wyzwania to jestem pełna podziwu.
Osobiście nie powrócę do tego tomu ,bo za bardzo się namęczyłam ,by przez niego przebrnąć. Z reguły pochłaniam książkę w maksymalnie 3 dni. Tym razem zajęło mi to tydzień. To chyba mówi samo za siebie...

Jedną z nielicznych rzeczy jaka przypadła mi do gustu to przykuwające wzrok ilustracje. W poprzedniej części też się pojawiły ,ale tym razem te wydają mi się o wiele lepsze.






Strony:  357
Moja ocena: 3+/6

poniedziałek, 24 czerwca 2013

"Zagadka Kuby Rozpruwacza" - Andrzej Pilipiuk



„Egzorcysta postawił na stół flaszkę śliwowicy.Wypili,zakąsili,chlapnęli na drugą nogę, bo po pierwszym się przecież nie zakąsza... Potem wypili trzeciego, bo Boh trojcu lubit, potem czwartego bo chata ma cztery kąty, a koń cztery kopyta. Potem po piątym, bo ręka ma pięć palców, a czołg czterech pancernych i psa, potem po szóstym, bo tydzień dawniej miał sześć dni roboczych, potem po siódmym, bo jednak siedem dni w tygodniu było, a skarb zawsze leży siedem kroków od miejsca, gdzie się go szuka..."”

Wstyd mi się przyznać ,ale to moje pierwsze zetknięcie z książkami Andrzeja Pilipiuka. Nie czytałam go wcześniej ,bo byłam zmęczona ciągłym widokiem jego nazwiska w Empiku ,Matrasie i na wszystkich listach bestsellerów jakie widziałam. Co prawda w domu stoją jego książki ,ale nic mnie wcześniej do nich nie ciągnęło. Może to wszystko przez to ,że jak coś zaczyna się podobać mojemu tacie to automatycznie uważam to za wieeeeeelkie nudy.

Jakub Wędrowycz to osoba kultowa. Chyba nie ma takiej osoby ,która nie znałaby tej postaci. Słyszałam o tym osobniku dużo wcześniej niż go poznałam dzięki "Zagadce Kuby Rozpruwacza". Zaczynanie cyklu od czwartej części z reguły nie jest dobre ,ale w tym przypadku nie ma to większego znaczenia. Pomysły ,przygody i wielce absurdalna filozofia życiowa tego szanownego obywatela przypadły do mojego gustu na tyle ,że moja Jakubowa przygoda na pewno się tak szybko nie skończy...

Książka jest pełna wszelakiego absurdu ,nonsensu i bezsensu (,ale w dobrym tego słowa znaczeniu). Miłośnicy czarnego humoru i sarkazmu nie będą chcieli rozstawać się z tym bohaterem ani na chwilę. Bezczelność ,bezkompromisowość i pewność siebie egzorcysty sprawia ,że nie sposób go nie polubić. 

Finezja i polot autora są widoczne na każdej stronie "Zagadki Kuby Rozpruwacza".Pilipiuk nie boi się wymyślić swojej alternatywnej wersji "Przygód Sherlock`a Holmes`a". Mimo tego ,że wszystko obraca się wokół bimbru ,klinów i śliwowic, to nie sposób się nudzić. Poleje się krew ,flaki oraz inne płyny ustrojowe...

Jakub i Semen starają się być medialni i "na czasie".Nie zawsze im to oczywiście wychodzi ;) . Wędrowycz jako najznamienitszy egzorcysta i łowca wampirów ,nie boi się żadnej zjawy ani sprawy. Wielokrotnie zostaje wprowadzony w błąd przez co wynikają pasma nieoczekiwanych zdarzeń. Dla tego osobnika nie ma czegoś takiego jak półśrodki. Trzeba zabić ,dobić i przyklepać drania!!! 

Każde opowiadanie jest inne i zaskakujące. Nigdy nie wiadomo co się zdarzy za kilka stron. Teksty nie są zbyt długie ,ale to dla mnie zaleta. Gdyby ciągnęły się przez nie wiadomo ile stron to czytanie by mnie męczyło.

Podsumowując "Zagadka Kuby Rozpruwacza" to przyjemna i pełna zwrotów akcji lektura. Co prawda nie można brać na serio wszystkiego co jest w niej powiedziane ,ale i tak warto się z nią zapoznać. Przygotujcie się na przeogromną dawkę śmiechu ;) Polecam na odstresowanie się!

Moją przygodę oceniam na: 5/6

P.S. Tu mam dla Was link do filmiku na youtubie ,który ostatnio bardzo mi się spodobał ;) 



Z niecierpliwością czekamy na premierę ;)

czwartek, 20 czerwca 2013

"Wróżby z koronek" - Brunonia Barry

 Hm, bardzo ciężko jest mi się wypowiedzieć na temat tej książki, ponieważ mam co do niej sprzeczne odczucia, oraz nie jestem przekonana czy dobrze wyłapałam sens całej tej historii. Jednakże lubię wyzwania i spróbuję. :D

liczba stron: 432


Główną bohaterką jest dziewczyna o silnym usposobieniu,  bardzo zdystansowana do życia, jednak niezwykle dojrzała. Towner jest osobą po przejściach,  z początku nie wiemy dokładnie o co się rozchodzi, jednak odkrywamy istotny punkt zaczepienia, czyli zmarłą siostrę bliźniaczkę. Więzi między bliźniakami są niezbadane dla ludzkości  jednak mówi się, że egzystują oni jak jeden organizm, dlatego nie trudno się domyślić jak śmierć swojej siostry przeżyła Towner. To było dawno temu, jednak piętno szpitala psychiatrycznego wciąż ją prześladuje. Obie dziewczyny miały bardzo zwariowane życie. Bo wywodzenie się z rodu wiedźm nie jest czymś powszechnie znanym.. chociaż, gdy mieszka się w Salem wszystko jest możliwe. Nie mniej jednak, kobiety  z tego rodu mają niebywałą intuicję oraz mnóstwo tajemnic. Nie jest ukazana tutaj magia od strony praktycznej, ponieważ oprócz wróżenia z koronek (osobiście nie do końca wiem jak to się odbywa, mimo że było o tym sporo w książce) kobiety te są bardziej wrażliwe i otwarte duchowo. Towner też taka jest, niezależnie od tego jak usilnie próbuje temu zaprzeczać. 

Towner najchętniej nie wracała by do Salem, jednak nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji - zaginęła jej ciotka, Eva. Kiedy matka głównej bohaterki nie była w stanie zająć się swoją córką to Eva ją przygarnęła, była dla niej jak opiekunka i przyjaciółka. Dlatego powrót do Salem by odnaleźć Eve jest dla niej taki istotny, a przez zawiłą historię rodzinną także bardzo trudny. Kiedy odnaleziono ciało Evy rozpoczął się korowód zdarzeń, w końcowym rozliczeniu sprowadzających się do Towner. Bo to zawsze o nią chodzi. 

Okazuje się, że zaginęła również dziewczyna, której Eva udzieliła pomocy. Towner wraz z zaprzyjaźnionym policjantem próbują rozwikłać te dwie zagadki, jednak nie jest to proste kiedy ma się na karku fanatycznych wyznawców innego odłamu katolicyzmu. Właściwie obraz podziałów religijnych jest tak dalece umiejscowiony od moich własnych wyrażeń, że nawet nie staram się tego sensownie poukładać. Ale takowy podział wzbudza w miasteczku nie lada emocje, co jest również przyczyną wielu zbrodni popełnianych na domniemanych ofiarach. 

Podsumowując, mamy zbrodnię a być może nawet kilka oraz motyw religijny. Istotną rolę gra tutaj historia rodziny Whitneyów, czyli rodu czarownic oraz same rozterki psychologiczne głównej bohaterki. Z początku wszystko idzie bardzo gładko, naprawdę wciągnęła mnie ta fabuła, jednak później.. miałam wrażenie, jakby autorka sama nie była w stanie odnaleźć się w toku wydarzeń, a raczej w przeszłych okolicznościach. Ponieważ wydarzenia obecne są ścisłe powiązane z losem bliźniaczki Towner. Autorka wprowadziła pewien zabieg, otóż w trakcie wydarzeń napisała rozdział poświęcony życiu głównej bohaterki, o tym co doprowadziło do śmierci jej bliźniaczki, ogólnie uważam, że jest to bardzo dobry rozdział. Tak wiele emocji i uczuć jest w nim przekazanych, że spokojnie mogłam utożsamić się z tą rodziną. Jednakże gdy zdało mi się, że wszystko już wiem.. okej, taką miała przeszłość, już rozumiem dlaczego jest taka.. wtedy autorka odebrała mi grunt pod nogami i wsadziła mnie do sokowirówki. Mówię prawdę, tak bardzo zmieszana jeszcze nigdy nie byłam. Przeklinałam sama siebie, że przez całą lekturę dałam się poddać manipulacji i nie przewidziałam takiej ewentualności jaką zaserwowała nam pod koniec. Oczywiście nie powiem o co chodzi, bo nie lubię spoilerów. Ale zastanawia mnie to, czy był to świadomy zabieg, aby utrudnić życie czytelnikowi czy jednak autorka ma talent i doskonale, DOSKONALE wykreowała postać. Ponieważ jest to narracja pierwszoosobowa, to pod koniec jesteśmy jakby scaleni z Towner. I to jest piękne, kiedy po Wielkim Odkryciu zdałam sobie sprawę, że nie wiem już co jest tylko iluzją a co rzeczywistością.  I pisząc tę recenzję, wciąż się zastanawiam nad tą kwestią. 

Już wiecie dlaczego tak trudno było mi napisać tę recenzję, z jednej strony "Wróżby z koronek" obiektywnie rzecz ujmując, jest przeciętną lekturą, jednak uważam się za osobę niebanalnie wrażliwą i podatną na urok takich książek, więc w mojej subiektywnej ocenie jest to niezwykle czarująca opowieść z prawdziwą magią. Polecam przede wszystkim kobietom, i to raczej bardziej dojrzałym, które zrozumieją przesłanie tej książki. Aczkolwiek zachęcam każdego do przeczytania. :) 


Ocena: 5/6

sobota, 4 maja 2013

"Wirus" - Guillermo Del Toro & Chuck Hogan


"Wirus" - Guillermo Del Toro
 & Chuck Hogan


Strony: 500
Oprawa: miękka
Źródło: prezent
Cena: 44,90 PLN
Moja ocena: 4+/6







ZAWSZE TU BYŁY.
WAMPIRY.
W UKRYCIU, W CIEMNOŚCI.
CZEKAŁY.
TERAZ NADSZEDŁ ICH CZAS.
W TYDZIEŃ UNICESTWIĄ MANHATTAN.
W MIESIĄC - CAŁĄ AMERYKĘ.
W DWA MIESIĄCE - CAŁY ŚWIAT.



Niesamowita, porywająca, przyprawiająca o gęsią skórkę książka, od której nie sposób się oderwać. Duet Del Toro i Hogana stworzył przerażającą opowieść o prawdziwych wampirach, które są całkowitym przeciwieństwem pana Edwarda ze "Zmierzchu". Wampiry są tutaj..no cóż, takie jakie powinny być - bezlitosne, dziwne, o przerażającym trupim wyglądzie, których zwierzęcy instynkt popchnie do najbardziej brutalnych czynów na ludziach.


"Wirus to połączenie Brama Stokera, Stephena Kinga i Michaela Crichtona. Nie może być lepiej."
-Nelson DeMille


Książka ma charakter detektywistyczny. Początkiem wydarzeń jest dziwny lot transatlantycki z dwustoma pasażerami na pokładzie. Całkowicie sprawny samolot ląduje na pasie startowym, łączność się urywa ale nikt z pasażerów nie wybiera numeru alarmowego ze swoich komórek. Okazuje się, że na pokładzie samolotu czai się przyczyna zagłady całej Ameryki i Świata. 

Spodobał mi się bardzo oryginalny pomysł na wirusa, który jest przyczyną przemiany ludzi w okropne, wręcz obrzydliwe potwory zabijające i zarażające ludzi wokół. Jest to coś odmiennego i stanowiącego przerwę od wymuskanych, niedojrzałych wampirów, żyjących od wieków na świecie i przyciągających do siebie ludzi. Wampiry w "Wirusie" nie są w żaden sposób pociągające. Ani trochę.

Od samego początku książka wciąga czytelnika. Pojawia się coraz więcej dziwnych wydarzeń, których świat nauki, składający się z detektywów i lekarzy, nie jest w stanie w żaden sposób wytłumaczyć. Autorzy idealnie zbudowali napięcie, które aż parowało ze stronic otwartej powieści. Opisy narastającej niepewności, strachu a potem chaosu i ogólnej paniki wśród ludzi zostały dobrze przemyślane i świetnie zrealizowane, powodując prawdopodobieństwo i realność zdarzeń.

To co mi się nie podobało - okładka (nie mówi zbyt dużo a taką osobę jak Del Toro stać z pewnością na dobrych grafików) i zbyt dużo odrażających, niesmacznych opisów. Jednocześnie czułam niedosyt w kwestii świata wampirów oraz brakowało mi czegoś w tej książce, co trudno mi określić . Autorzy istotnie silili się na klimat Kinga ale mam wrażenie, że albo przesadzili albo coś pominęli. No, ale  co ja mówię - przecież nie da się skopiować Króla ;)

Książkę polecam fanom horrorów, którzy nie boją się nowych wrażeń oraz tym czytelnikom, którzy chcą inaczej spojrzeć na świat wampirów, który do tej pory był bardzo koloryzowany - z pewnością się nie zawiedziecie ;)

Oceniam : 4+/6


wtorek, 30 kwietnia 2013

"Narrenturm" - Andrzej Sapkowski


 Trylogia husycka #1

Koniec świata w Roku Pańskim 1420 nie nastąpił. 
Nie nastały Dni Kary i Pomsty poprzedzające nadejście Królestwa Bożego. Nie został, choć skończyło się lat tysiąc, z więzienia swego uwolniony Szatan i nie wyszedł, by omamić narody z czterech narożników Ziemi. Nie zginęli wszyscy grzesznicy świata i przeciwnicy Boga od miecza, ognia, głodu, gradu, od kłów bestii, od żądeł skorpionów i jadu węży. Świat nie zginął i nie spłonął. Przynajmniej nie cały. 
Ale i tak było wesoło. 

 Taki tekst widnieje na odwrocie tej niebanalnej książki autorstwa polskiego, zachwalanego pisarza - A.Sapkowskiego. Gdy zaczynałam przygodę z tą sagą, kompletnie nie rozumiałam 'co autor miał na myśli'  pisząc te słowa. Teraz, po przeczytaniu Narrenturm, wciąż tego nie wiem. Jestem jednak na tyle obyta ze stylem i archaizmami ukrytymi w tej lekturze, że przeczytanie i zrozumienie staropolszczyzny nie jest dla mnie problemem. Niegdyś była to dla mnie udręka. Chociaż mój kuzyn wcisnął mi ją w dłonie i przysięgał, że mi się spodoba, to ja i tak byłam wobec niej sceptyczna. Nic dziwnego, bo już od pierwszej strony autor nie daje nam wytchnienia i męczy niedoświadczonego czytelnika serią dziwnie brzmiących archaizmów, i składni jak za czasów średniowiecznej arystokracji. Ciekawość rzecz ludzka, tak więc brnęłam w to dalej. Takim oto sposobem poznałam głupiutkiego Reinmara z Bielawy, któremu zachciało się poznać bliżej z damą niejaką. A że Reynevan - tak inaczej na niego mówiono - kochankiem był nie byle jakim to biedny narobił sobie kłopotów. 


"- Jak się czujesz?  
- Świetnie. Pewnie blask słoneczny bije mi z dupy. Zajrzyj i sprawdź. Bo mnie trudno."

Wpierw ścigała go rodzina kochanki, a dokładniej jej męża. Za co, domyślić się można. Jednak młody chłopak ma niebywałe szczęście i nieraz cało z opresji wychodzi. W co drugim mieście schronienia mu dają, bo znajomości już zdążył sobie narobić. Zresztą z porządnej rodziny się wywodzi to go wszyscy znają. W biegu wydarzeń tajemnice wypływają na wierzch i okazuje się, że magią się parał nasz przyjaciel. Co w średniowieczu zabronione było, jak wiemy. Nieświadomy narobił sobie wrogów, list nawet za nim puszczono. Szuka pomocy w kościele. Jednak biskup, znajomy jego, niewiele zrobić może. Dla Chrześcijaństwa to też nie łatwe czasy. Herezja się szerzy, nikomu ufać nie można. A Reinmar wciąż myśli o pięknej Adeli, miłości życia. Postanawia wnet, że choćby miał zginąć to z nią będzie. I wyrusza w długą drogę na spotkanie z ukochaną, która już tak bardzo Reynevana nie wielbi. Jednakże  nasz bohater w czasie swej wędrówki spotyka inne dobre dusze, nie mniej wesołe. Chociażby Szarleja, demeryta niejakiego czy Samsona Miodka. I dla sympatyków historii niejedna postać się znajdzie, na przykład Zawisza Czarny. Tak też przyjaciele, zmierzają w odległe rejony na Węgry czy Czechy, choć to różnie z tym bywało a Reynevan jeszcze nie raz się zakochał, bo nie do końca wie co miłość oznacza. 


"-Wiesz, co, Reynevan? - Samson Miodek po raz pierwszy objawił coś na kształt zniecierpliwienia - Graj ty w szachy. Tam będziesz miał wszystko wedle gustu. Tu czarne, tam białe, a pola wszystkie kwadratowe."

Wciąż się zastanawiam, jakim cudem tyle treści znalazło się w niecałych 590 stronach. Od niewyjaśnionego zabójstwa, poprzez sabat czarownic, do postawy rycerza walczącego o serce kobiety (choć może o jej wdzięki). A to wszystko przedstawione w humorystyczny, acz czasem sarkastyczny sposób. Ileż trzeba mieć w sobie pasji i umiejętności, aby przez stylizację archaistyczną przenieść czytelnika w tak odległe czasy XV wieku. Przyznam się szczerze, że czytałam Narrenturm od września ubiegłego roku, jeden rozdział tygodniowo, bo więcej znieść mój umysł nie chciał. Ale nie poddałam się. Ta książka wysysa wszystkie soki, zaprząta myśli, zmienia styl mówienia czytelnika, i choćbym miała czytać ją jeszcze rok to nie mogłabym z niej zrezygnować, bo to jest perełka w morzu innych współczesnych książek. Mogłoby się zdawać, czytając ją, że została napisana dawno temu, bo nie ma tutaj treści współczesnych, jednak to dzieło zostało wydane całkiem niedawno, bo w 2002 roku. 


"Wieża Błaznów"
To co mi się bardzo podobało w tej książce, pomijając stworzoną historię, jest fakt, że wydarzenia mają miejsce na Śląsku. Każdy na pewno choć raz był w okolicach Wrocławia, choć mieszkam w Gdańsku to doskonale wiem jak piękne są to tereny. Mimo, że nazwy ówczesnych miast nie pokrywają się zbytnio z tymi dzisiejszymi, to nie ma w tym fikcji jedynie realia. Niestety ogromną trudność sprawiało mi rozszyfrowanie niektórych zdań. Z czasem, czytanie stało się prostsze, jednak wciąż musiałam po kroć czytać słowo, i zastanawiać się co ono oznacza tak "po polsku". A tak to nie mam zbytnio do czego się przyczepić. Opisy są szczegółowe, czasem aż w nadmiarze, ale to jest to co lubię. Zbyt duża ilość nazwisk, miejsc, nieważnych wydarzeń sprawia, że po jakimś czasie człowiek wariuje. I może to na celu miał autor. Bo Narrenturm dosłownie oznacza "Wieżę Błaznów", w średniowieczu tak mówiono na współczesny psychiatryk. Kiedyś ładnym mianem określano to miejsce 'wieża dla ludzi umysłowo chorych'. Myślę, że ten tytuł idealnie pasuje do tego co wyprawia się na scenie tej książki. 
Są plusy i minusy tej lektury, z pewnością mogę polecić ją osobom, które są ciekawe staropolszczyzny i mają na tyle odwagi oraz determinacji, aby nie poddawać się, mimo naprawdę trudnej do zrozumienia treści


Następne części trylogii:

 Trylogia husycka #2 - Boży bojownicy 



Trylogia husycka #3 - Lux perpetua















Takie średniowieczne klimaty zainspirowały mnie do pytania. 
Wiecie, bez sprawdzania w internecie lub innych pomocach naukowych, jak brzmiało pierwsze zdanie wypowiedziane w języku polskim? 
Ja wiem, a ty? Sprawdź się sam!  :) 


niedziela, 7 kwietnia 2013

"Zawód wiedźma tom 2' - Olga Gromyko + wyniki rozdawajki!!

"Zawód wiedźma tom 2 " - Olga Gromyko


Strony: 310
Źródło: biblioteka (nieźle się za nią nalatałam)


Jak mówi stare przysłowie, gdzie mag nie może, tam... magiczkę pośle. Zasada ta obowiązuje także w drugim tomie opowieści o W.Rednej - nie takiej znowu wrednej - adeptce VIII roku Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa..Jej “wiedźmowatość” ma niezwykły talent do magii, nieprzeciętną intuicję i wściekłą inteligencję. Zawsze czyta cudzą korespondencję. Wiedzy tajemnej używa z wielkim hukiem. Widywana jest wyłącznie w złym i podejrzanym towarzystwie. Ostatnio: trolla-najemnika, w bagnie z zombie, u oszalałego nekromanty, wśród szumowin-wałdaków. Typowa kobieta, ze słabością do czarusia typu “blond Bond”. Idzie za nim na koniec świata, choć wie, że to...wampir. Jak każdy facet?Wygrała już bitwę z arcymagiem, który zabrał spokój Dogewie, krainie wampirów. Przed nią prawdziwa wojna. Nie dane jej spokojne zdobywanie dyplomu. Od momentu, gdy władca Dogewy przybywa do Starminu na turniej łuczniczy, wypadki toczą się z prędkością lawiny...

Po przeczytaniu pierwszej części przygód tej szanownej pani postanowiłam ,że poruszę niebo i ziemię ,ale dostanę w swoje ręce "Zawód Wiedźmę tom 2". Jeździłam jak szalona po Gdańskich bibliotekach i dopiero w piątej z kolei udało mi się ją wypożyczyć. Szkoda ,że Fabryka Słów nie przewiduje w najbliższym czasie dodruku tej powieści. Może jakaś petycja ,albo akcja podobna do tej z ratowaniem Świata Książki przyspieszyłaby ten proces? Muszę powiedzieć ,że nie sądziłam ,że przypadnie mi do gustu bardziej niż pierwsza część ,ale tak oto się stało. Dobra ,dobra przechodzę do meritum i opowiem Wam co nowego miało miejsce w tym tomie. Otóż z ogromną ciekawością śledziłam dziesiątki zwrotów akcji ,sytuacji sprawiających ,że tarzałam się po ziemi ze śmiechu i tych ,przy których myślałam: "Ty idioto!!!! Powiedz jej wszystko ,a nie tak pierdzielisz nie od rzeczy!". No ,ale to bardzo dobrze ,że książka sprawiła ,iż żywo zainteresowałam się relacjami pomiędzy bohaterami ,których (chodzi mi o relacje) porównując do poprzedniej części było stosunkowo mało. Ciągle działo się coś zaskakującego - z ciętymi ripostami trolla na czele. Czasami nawet był bardziej zażarty i wkurzający niż sama Wohla ,więc SZACUN... Dawno tak się nie uśmiałam ;) Bardzo dobrze czytało się ich konfrontacje i kłótnie. Rzadko kto odważyłby się powiedzieć do niej dziewko ,niunia ,piękna (lub coś w ten deseń).


Przyznaję z bólem serca: czuję w kościach ,że znajdzie się tutaj wątek miłosny ,a było tak fajnie... No ,ale trudno...


Co do głównego wątku czyli motywu zawodów łuczniczych i dziwnego zainteresowania Lena nagrodą... Gromyko mnie tutaj zapętliła. Za cholerę nie domyśliłabym się dlaczego tak było i jakie to niosło za sobą konsekwencje! Z wielką ulgą przeczytałam wyjaśnienie tego wątku. W sumie wracałam do tego tekstu z dwa ,trzy razy. Bycie skrupulatną kiedyś mnie zgubi...

Motyw z czytaniem cudzych listów był przekomiczny. Ogólnie rzecz biorąc jest to najlżejsza ,najśmieszniejsza i najbardziej wciągająca książka jaką przeczytałam ostatnimi czasy. Tym razem okładka nie jest taka paszczurna i pewnie zachęciła więcej osób ,żeby sięgnęły po tę książkę.

Moja ocena: 5/6  -------> Widzicie? Jest progres! Aż strach się bać co będzie w przypadku 3 części!!


Korzystając z tego ,że miałam chwilę czasu postanowiłam wylosować szczęśliwca ,który dostanie w swoje łapki "Dziedzictwo mroku". A oto on: 

Leger


Serdecznie gratulujemy!!!  Już wysyłam do Cb email`a! (Przypominam ,że na podanie swoich danych masz 5 dni. W innym przypadku nagroda zostanie oddana innej osobie spośród ,tych które się wcześniej zgłosiły).